Baldur’s Gate – kultowy cRPG, który w grudniu obchodzi swoje 25 urodziny. Mimo tego „niezłego” wieku i mnóstwa opinii o legendarności tejże gry nigdy w nią nie zagrałem, aż do niedawna – gdy zafascynowany reputacją Wrót, sam postanowiłem sprawdzić z czym to się je i czy ktoś nowy, może jeszcze polubić ten świat. Zapraszam was serdecznie na moją recenzję Baldur’s Gate: Enhanced Edition, gdzie wspólnie przyjrzymy się temu niezapomnianemu tytułowi, zastanowimy się, co sprawiło, że na zawsze zagościł w sercach graczy, a ja podzielę się swoimi wrażeniami jako nowicjusz w tej magicznej i tajemniczej krainie.

Baldur's Gate - logo

Ratowanie świata zostawmy innym

Naszą historie zaczynamy od stworzenia i nazwania postaci (Hakon pozdrawia!). Chwile po tym już dowiadujemy się o czyhającym za rogiem niebezpieczeństwem i razem z naszym przybranym ojcem Gorionem musimy uciekać z twierdzy, którą nazywamy domem. Wszystko wskazuje, na to że niebezpieczeństwo z jakiegoś powodu, poluje właśnie na nas! Na samym początku chce zauważyć, że nie jest to kolejna opowieść o ratowaniu świata, a raczej próbie zwykłego przeżycia i zdobywania informacji o swoim pochodzeniu, bo niestety nie zdążyliśmy się o nim za dużo dowiedzieć od naszego opiekuna, który w trakcie ucieczki oddaje za nas życie.

Opowieść w Baldur’s Gate nigdzie się nie śpieszy i to właśnie w tym powolnym tempie tkwi jej urok. Zamiast epickiego wyścigu, przenosimy się w świat, gdzie czas zdaje się płynąć inaczej i pozwala nam w pełni zanurzyć się w przygodach bohaterów, rozwiązywać problemy mieszkańców Zapomnianych Krain i spędzać wiele godzin na eksploracji oraz gromadzeniu ekwipunku. I to jest piękne! Baldur pozwala nam zagłębić się w historie tego ogromnego świata, ale i żyć każdym krokiem naszych postaci, nie tylko jako bohaterowie, ale także zwykli mieszkańcy. Możliwość pójścia do tawerny i napicia się taniego piwa, które karczmarz tak poleca, tylko po to by posłuchać plotek to element, który uwielbiam i który pozwala jeszcze bardziej zanurzyć się w tym fantastycznym świecie.

Baldur's Gate - dialogi

Sama główna intryga jednak nie powala. Mamy całkiem dobry pomysł na głównego przeciwnika, ale tak naprawdę wszystkiego o nim dowiadujemy się nagle. Do pewnego momentu działamy powoli, zajmujemy się sprawami, które ktoś zrobić musi, aż pod koniec gry wychodzą wszystkie informacje i zaraz po tym filmik końcowy. No nie tego oczekiwałem, po głównym wątku tejże gry. Na szczęście sytuacje ratują zadania poboczne, które choć krótkie i w teorii zwykłe „przyjdź, zabij, pozamiataj”, to w rzeczywistości dzięki wyśmienitym dialogom sprawiają one, że potrafiłem siedzieć godzinami ratując życie kolejnym nieszczęśnikom.

Lokacje zachwycają

Obszar, który przyjdzie nam zwiedzać jest ogromny, choć mogłoby się wydawać, że zbyt pusty – ja jednak nie podzielam tego zdania i jestem fanem tych pięknych, malowniczych lasów. Uważam, że to kolejny udany sposób na zbudowanie prawdziwego, żyjącego świata, no bo przecież nie wszędzie się coś musi dziać. Mamy miasta przepełnione ludźmi (i nie tylko!), tawernami, sklepami czy świątyniami, ale mamy też lasy pełne dzikich zwierząt, które żyją spokojnie swoim życiem, ale mamy też polujących na nich ludzi, którzy na pewno zwrócą nam uwagę, gdy będziemy hałasować i utrudniać im to zadanie. Dodatkowo udźwiękowienie sprawia, że przechadzka po takim lesie staje się niezwykle przyjemna. Dzięki tej dbałości o dźwięki ptaków, wiewiórek czy innych zwierząt, gra staje się bardziej immersyjna, przenosząc nas w rzeczywisty świat natury.

Jak już wspomniałem lasy zachwycają swoją malowniczością i magicznym klimatem, nie są to jednak wyjątki od innych lokacji, które również przykuwają uwagę swoim urozmaiceniem i szczegółowością. Miasta tętnią życiem i „zwykłymi” tajemnicami szarych istot. Jaskinie zachwycają swym mrokiem i faktycznie możemy odczuć strach przed nieznanymi zakamarkami dalszych tuneli. Świat jest bardzo różnorodny, ale i otwarty – praktycznie w każdym momencie możemy udać się gdzie tylko chcemy.

Baldur's Gate - świątynia Bhaala

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę

Przygód nie doświadczamy jednak sami, bo gra daje nam możliwość i poleca by zebrać drużynę, z którą będziemy rozwiązywać wszystkie problemy w krainach. Niestety jednak uważam, że nasi towarzysze to element z niewykorzystanym potencjałem. I nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam Minsca, no i oczywiście Boo, nie zapominajmy o Boo, ale brakuje mi tutaj interakcji między towarzyszami, czyli coś co tak bardzo spodobało mi się w Tormencie. Chciałbym by Imoen kłóciła się z jąkającym Khalidem, Dynaheir wychwalała Minsca, a ktoś wyśmiewał Boo, niestety jednak żadnych rozmów w naszej ekipie nie doświadczymy, no chyba że między główną postacią a innym towarzyszem. Podobno ten element został wprowadzony w drugiej części i wyszedł tam naprawdę dobrze, ale brakuje mi go tutaj.

Adventures & Dragons pełną parą

Baldur’s Gate oparty jest na zasadach drugiej edycji Adventures & Dragons, które były delikatnie mówiąc trudne do pojęcia, szczególnie osobie niezaznajomionej wcześniej z tym światem (chociaż kilka lat temu ukończyłem Tormenta). Teoretycznie gra posiada samouczek, ale dotyczy on bardziej korzystania z interfejsu, niżeli sposobu liczenia punktów, które przecież są tutaj tak ważne. Jedne wartości punktów lepiej jak są wieksze, drugie jak są mniejsze i weź to wszystko ogarnij ot tak bez żadnych podpowiedzi. Na szczęście teraz, w 2023 roku, spokojnie mogłem sobie sprawdzić te informacje w internecie, bo inaczej dużo dłużej zajęło by mi zrozumienie tego. Początkowo te trudne zasady miałem uznać za minus, ale okazało się, że w oryginalnym wydaniu pudełkowym do gry dostarczana była również potężna instrukcja, która wszystko dokładnie wyjaśniała, a nawet posiadała opisy wszystkich czarów!

Coś co również mi się bardzo spodobało to tworzenie postaci i uważne wybieranie biegłości. Do naszej dyspozycji mamy mnóstwo różnych klas, które się od siebie różnią, np. tym jakich broni mogą używać. Tak o to trzeba bardzo uważnie awansować punkty biegłości, aby nasza postać była jak najmocniejsza, bo jeden zły wybór może znacząco utrudnić nasze starcia. W końcu w całej grze nie awansujemy tak często i kończymy zapewne z poziomem poniżej dziesiątego! Mimo to jednak uważam, że poziom trudności jest bardzo przystępny (grałem na normalnym, który paradoksalnie jest bardziej takim średnio-niskim xD, bo do wyboru mamy jeszcze „Standardowe zasady”). Są momenty, w których trzeba się natrudzić, ale nie na tyle by psuło nam to rozrywkę.

Przygotujcie długopis i kartkę

Nie mogę niestety jednak pojąć jak można było tak spierniczyć sprawę dziennika, którego ciężko mi znaleźć jakieś zalety. Gdy zaczynamy nowy rozdział automatycznie, bez żadnego ostrzeżenia kasują nam się wszystkie questy, nawet te, które teoretycznie są na wyższe poziomy czy rozdziały. Co ciekawe, mimo usunięcia z dziennika to questy dalej są aktywne i jeśli tylko o nich pamiętamy to dalej można je ukończyć, a przynajmniej udało mi się tak zrobić z jednym zadaniem. W raz z nowym rozdziałem musimy pożegnać się również z wszystkimi informacjami dotyczącymi tego kto co skupuje. Ale zostawmy już to kasowanie, skupmy się na innym aspekcie dziennika, czyli samym zapisywaniu zadań, bo i tutaj twórcy nie są konsekwentni. Jednym razem nowa informacja do zadania jest dodawana pod inną godziną, a innym razem podmienia nam wcześniejszą informacje, przez co o wszystkim musimy sami pamiętać, nawet jeśli mamy to zapisane w dzienniku. Nie wiem, może za dużo nagrałem się w Gothica, gdzie dziennik został zrobiony idealnie i temu mam takie wymagania – naprawdę nie mam pojęcia.

Baldur's Gate - widok na piętro gospody
Gospoda wygląda naprawdę przytulnie 😉

Raj dla uszu

Wracając jednak do udźwiękowienia, które jak wspominałem celująco buduje klimat i wchłania nas co raz bardziej. Poza świetnymi dźwiękami lasu i zwierząt na uwagę zasługuje świetna muzyka Michaela Hoeniga, którego kompozycje doskonale wpasowują się w atmosferę i sytuacje i perfekcyjnie podkreślają ważne momenty w przygodzie naszej drużyny. Do tego dochodzi wybitna polonizacja, w której usłyszeć możemy tak wybitne osobistości jak Piotr Fronczewski, Jan Kobuszewski czy Gabriele Kownacką. Myślę, że wielu, którzy nie grali nigdy w Baldura bardzo dobrze znają tekst „Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę” – o czymś to świadczy moi drodzy 😉

 

Zanurzcie się w nieznanych krainach czym prędzej

Podsumowując, Baldur’s Gate w wersji Enhanced Edition (która została mocno poprawiona od premiery!), jest wyśmienitą produkcją, która przetrwała próbę czasu w sposób najlepszy z najlepszych i nadal potrafi zachwycić swoją szczegółowością i otwartością świata. Mimo że na rynku dostępne są nowsze, bardziej zaawansowane graficznie tytuły, Baldur’s Gate potrafi wciągnąć na długie godziny dzięki swojej rozbudowanej zawartości, bowiem tyle malutkich elementów i szczegółów ciężko szukać nawet w nowych grach. Dla każdego, kto kocha gry tego gatunku, Wrota Baldura to absolutna konieczność, która dostarczy niezapomnianych wrażeń i emocji na długie, niekończące się godziny rozgrywki.

Sam zakończyłem grę mając na liczniku 45h, co jest naprawdę sporym wynikiem jak na mnie, ale to wszystko zasługa pięknego i żywego świata. Nie ukończyłem jednak dodatku „opowieści z wybrzeża mieczy”, ale na pewno to zrobię i wtedy poinformuje was o moich odczuciach, a tymczasem – zapraszam do komentowania notki, a tych którzy nigdy nie grali – do poznania nieznanych krain!

„Ojciec Chrzestny” to bezdyskusyjnie jedno z najważniejszych dzieł kinematografii. Film ponadczasowy, który po 50 latach dalej jest chętnie oglądany i kolejne pokolenia poznają historie rodziny Corleone. Nie wszyscy jednak wiedzą, że produkcja ta nie miała łatwo i mało brakowało, a nigdy by nie powstała albo nie przypominałaby finalnego produktu. Dzisiaj przedstawię wam 10-cio odcinkowy  serial fabularny, który opowiada trudną historie powstawania tego dzieła. Zapraszam na recenzje „The Offer”

The Offer plakat

Gdy Mario Puzo postanawia napisać powieść o potężnej rodzinie mafijnej i błyskawicznie staje się ona bestsellerem, Al Ruddy postanawia wziąć się za ekranizacje tej historii. Nie będzie to jednak proste zadanie, bowiem „The Offer” jest opowieścią o tym jak Ruddy musi walczyć z kolejnymi problemami, które pojawiają się jak głowa Hydry – gdy pozbywa się jednego, natychmiast pojawiają się następne. Czasy powstawania „Ojca” to moment, gdy Paramount potrzebował prawdziwych kasowych hitów, aby móc utrzymać się na rynku, co było dodatkowym utrudnieniem przy produkcji. „Góra” wymagała by film był prosty i trzymał się utartych ścieżek, a jak dobrze wiemy – było zupełnie inaczej. To właśnie na tej walce o odpowiednią formę filmu skupia się cała fabuła „The Offer”.

Twórcy filmu – Al Ruddy, reżyser Francis Ford Coppola i scenarzysta Mario Puzo – dążyli do stworzenia dzieła swoich marzeń, które przekroczyłoby granice kina i zapisało się w historii sztuki filmowej. Serial bardzo dobrze prezentuje różnice podejść do tego tematu. Mamy tutaj ludzi, którzy kochają kino i widzą w nim prawdziwą sztukę, ale są też ludzie, którzy w kinematografii widzą przede wszystkim pieniądze. I to nie jest tak, że automatycznie ta druga grupa jest wrogiem filmu, ci ludzie po prostu potrzebują większych dowodów na to, inwestycja się zwróci i zarobi na kolejne.

Swoją drogą to zakochałem się w bohaterach tej historii. Z wyjątkiem jednej postaci, która – co ciekawe – nie istniała w rzeczywistości (ale o tym za chwilę), nie ma tu nikogo, kogo nie chciałbym zobaczyć na ekranie. Widzimy tu galerię przesympatycznych postaci, a co najważniejsze – nie są oni sztuczni! Dzięki doskonałemu aktorstwu każdy bohater wydaje się być w pełni wiarygodny, a między nimi istnieje prawdziwa chemia. Wspólne występy sprawiają, że pojawia się na mojej twarzy szeroki uśmiech. Uwielbiam sposób, w jaki Matthew Goode (gra Roberta Evansa) wciela się w swoją postać, używając do tego zarówno twarzy, jak i głosu. Uwielbiam scenę, w której szczęśliwi Albert Ruddy, Mario Puzo, Francis Coppola i Robert Evans stoją razem, obejmując się przed obiektywami podczas wyczekiwanej premiery filmu. To taki element, który symbolizuje koniec, ten wyczekiwany moment, gdy w końcu udało się nakręcić i wydać ten film.

The Offer - premiera Ojca Chrzestnego

Mówiąc jednak o aktorstwie, nie sposób pominąć tego, jak niesamowicie dobrze została dobrana obsada „Ojca Chrzestnego”. W szczególności Anthony Ippolito w roli Ala Pacino/Michaela Corleone był strzałem w dziesiątkę. Scena w restauracji, w której Michael zabija Sollozzo, jest tego znakomitym przykładem. Ippolito w sposób perfekcyjny naśladuje maniery Pacino z tamtego okresu, a jego wygląd i charakteryzacja to tylko jedne z wielu powodów, dla których ten casting jest absolutnie perfekcyjny.

Każda postać z oryginalnego filmu otrzymała tu znakomitego odtwórcę. W szczególności widać to w scenie, gdy Coppola organizuje kolację przed rozpoczęciem zdjęć, by aktorzy mogli się lepiej poznać. Już wtedy, bez żadnych kamer i scenariuszy, aktorzy wcielają się w swoje postaci, improwizując i tworząc prawdziwą kolację rodziny Corleone, która wygląda jak żywcem wyjęta z filmu. To niesamowite jak każdy aktor idealnie wpasowuje się w swoją rolę, tworząc wyjątkową chemię i realizując wizję twórców w sposób absolutnie perfekcyjny.

W „The Offer” wielokrotnie podkreślano, że „Ojciec Chrzestny” to nie tylko gangsterska opowieść, ale przede wszystkim historia rodziny i zasadach w niej panujących. Jednak dla miłośników kina z przestępczym wątkiem również znajdzie się tutaj coś interesującego. Wynika to z faktu, że podczas produkcji filmu Cosa Nostra miała swój udział i narzuciła swoje wymagania dotyczące opowieści.

Ten serial emanuje miłością do kina, a opowieść o tym, jak filmy potrafią wzbudzać emocje nawet u najtwardszych widzów, jest według mnie bardzo prawdziwa. Jestem zachwycony ilością nawiązań do świata kinematografii, które można tu znaleźć. W tym temacie bardzo cenię sobie także analizy różnych scen i symbolikę, a tutaj jest tego mnóstwo.

Szkoda jednak, że „The Offer” nie jest opowieścią w pełni prawdziwą. Choć wiele z elementów fabuły czerpie z prawdziwych wydarzeń, to wciąż nie wiadomo, co jest w pełni prawdziwe, a co zostało zmienione w imię dramaturgii. Wszystko opiera się w końcu na wspomnieniach Alberta Rudd’yego, a nie większej grupy ludzi. Można to szczególnie zauważyć, gdy spróbujemy znaleźć wady głównego bohatera. Nagle się okazuje, że wszystko co robił było dobre. Nie jest to w pełni wiarygodne, ale kto wie jak było 😀 Starałem się weryfikować wszystko co widzimy na ekranie i tak naprawdę, według internetu – większość wątków jest w pełni prawdziwa. Były co prawda jakieś zmiany w wątku Franka Sinatry, ale nie na tyle duże by był to jakiś problem.

Jednakże, moim zdaniem największym zgrzytem „The Offer” jest wprowadzenie postaci, która nigdy nie istniała – o czym wspomniałem już wcześniej. Podobnie jak w „Czarnobylu„, jeden bohater ma reprezentować wiele innych postaci. W tym przypadku jest to Barry Lapidus – człowiek, który do samego końca nie wierzył w sukces projektu Coppoli i w każdym kroku starał się go zablokować. Mimo to, historia ta pozostaje fascynująca i wciąż wzbudza wiele emocji, mimo że dobrze wiemy, jak to wszystko się skończyło 😉

Jestem również fanem tego co możemy tutaj usłyszeć, bowiem Soundtrack naprawdę robi robotę i zawsze jest idealnie dopasowany. Co ciekawe początkowo żałowałem, że w ogóle nie słyszymy motywu przewodniego z „Ojca Chrzestnego”, później zacząłem się zastanawiać, że może to i lepiej, że może nie do końca on tu pasuje, a potem bum! Następuje premiera filmu, cała sala wypełniona ludźmi i nagle ta cudowna melodia… ciary zapewnione.

The Offer - Anthony Ippolito jako Michael Corleone
Michael Corleone jak się patrzy

To wszystko sprawia, że „The Offer” jest niemalże pozycją obowiązkową dla każdego fana „Ojca Chrzestnego”, a może i nawet każdego konesera kina. I choć po pierwszym odcinku nawet mi się podobało, tak po drugim poleciałem w binge-watching i zakochałem się w tej produkcji po całości. Totalnie nie rozumiem ocen krytyków z Rotten Tomatoes (57% krytycy, 95% publiczność), ale nie jest to pierwsza sytuacja, w której widzowie mają odmienne zdanie od krytyków.  Opinia krytyka Seeda jest jednak prosta – siadać, oglądać i zatracić się w tej pięknej historii z tymi cudownymi charakterami.

Gdy zobaczyłem plakat „Deinfluencera”, bądź jak kto woli w polskiej wersji „Polowania na influencerke”, od razu w mojej głowie były myśli, że no okeeej – kolejny horror z teoretycznie ciekawym psycholem skrytym za kolejną maską i z teoretycznie ciekawą, śmiertelną „zabawą”. Pomyślałem sobie, że włączę, poprzewijam na różne fragmenty, by zobaczyć z czym to się je, po czym obejrzę co innego.  Troszkę mi nie wyszło, bo godzinę później dalej oglądałem jak nastoletnia influencerka walczy o życie. Ja jestem Seedu i zapraszam was serdecznie na kolejną recenzje w moim wykonaniu! 

Deinfluencer - plakat filmu

Standardowo totalnie nie rozumiem skąd wziął się polski tytuł „Polowanie na influencerkę”. Nie dość, że „Deinfluencer” brzmi po prostu dużo lepiej to i jest on dużo bardziej zgodny z prawdą, bo tytułowego polowania w filmie nawet nie ma, a nasze widowisko zaczynamy już po porwaniu i uwięzieniu głównej bohaterki. Dowiadujemy się wtedy również, że nasz psychopatyczny gospodarz, który ukrywa się za dziwaczną, lecz przyciągającą uwagę maską, posiada pewne zasady moralne i nigdy nie okłamie swojej ofiary. Jednak kim jest ta ofiara i czy to tylko przypadek, że to akurat ona ma zagrać w grę pana psychola? Oczywiście, że nie – Kelly Weaver to nastoletnia cheerleaderka, która jest już bardzo dobrze znana w internecie, a co za tym idzie ma spory wpływ na innych ludzi, a w szczególności dzieci. Kelly na swoich socialmediach prezentuje wyidealizowane życie i tworzy swoją fikcyjną kreacje. Nie podoba się to jednak panu w masce, który chce by pokazała ona swoją prawdziwą twarz.

Szkoda tylko, że początkowo nie da się w ogóle zrozumieć jego działań. Wiemy, że chce by dziewczyna przestała udawać kogoś kim nie jest, więc żeby do tego doprowadzić każe jej wstawiać fotki, które mają przekraczać konkretny próg polubień w konkretnym czasie. Widzicie w tym sens? Bo ja nie bardzo. Oczywiste, że w takiej sytuacji szybko będzie trzeba iść w kontrowersje i w co raz to odważniejsze pokazywanie ciała w celu pokonywania kolejnych progów polubień. Tylko, że to chyba nie jest pokazywanie prawdziwego ja naszej bohaterki.

Takich głupiutkich błędów scenariuszowych jest niestety znacznie więcej. Bohaterka jest ciągle obserwowana i podsłuchiwana poprzez kamery, ale nie przeszkadza jej to by rozmawiać z kimś na temat ucieczki bądź jak może powiadomić władze, że jest w niebezpieczeństwie. Zupełnie jakby ktoś nagle zasnął przed kamerami. Jednak element, którego najbardziej nie mogę pojąć to wstawianie zdjęć, na których bardzo wyraźnie widać krew czy wielki bandaż na plecach. Naprawdę nikt z internautów nie zorientował się, że coś jest nie tak?

Coś co miałem nadzieje, że będzie największym plusem tego filmu okazało się być solidnym niewypałem. Postać porywacza poza kilkoma scenami na początku nie budzi w nas żadnego poczucia strachu czy niepewności do tego co za chwile zrobi. Miało być tajemniczo i przerażająco, ale coś poszło nie tak. Nawet scena, w której zdejmuje maskę jest bez żadnego polotu. Co zabawniejsze – tylko my, widzowie, widzimy te twarz i absolutnie nic ten element nie wnosi do filmu. Reszta bohaterów również niczym się nie wyróżnia, a i aktorsko nie jest za dobrze.

Film niestety może wydawać się nudny aż do końcowych minut, kiedy to nabiera on zupełnie innego znaczenia i skupimy się na tym jak złe w skutkach mogą być socialmedia. Oto przecież miejsce, w którym jedni ludzie udają kogoś kim zupełnie nie są, pokazują swoje bogactwa, swoje wyidealizowane ciała poprawiane w photoshopie, a inni potrafią to wszystko łykać bez zastanowienia.  Dodatkowo to właśnie influencerzy dołączają do grona osób, które wychowują i wpływają na przyszłość dziecka. Wcześniej byli to rodzice, dziadkowie i nauczyciele, nagle do tej listy dołączają również obcy ludzie z internetu. Socialmedia, jak to w filmie słusznie zostało powiedziane – próbują udawać, że mają pewne zasady, a w rzeczywistości wszędzie bombardują nas seksem i seksualizowaniem wszystkiego.

Technicznie rzecz biorąc film trzyma poziom. Zdjęcia przypominają dobrej jakości amatorską produkcje, niżeli pełnoprawny film. Nie ma tu żadnego szału, żadnych długich ujęć, ale ogląda się to całkiem dobrze, a i montaż daje rade. Co ciekawe film jest reklamowany jako thriller horror i tak jak z tym pierwszym zdecydowanie się zgadzam, tak temu drugiemu mówię stanowcze nie. W całym filmie są może dwie sceny (i to na początku), które może by się nadawały do jakiegoś filmu grozy, ale to też tak nie do końca.

Podsumowując – Deinfluencer to film, który można obejrzeć ale można też na przykład umrzeć ale raczej nie więcej niż raz. Jest to produkcja, która ma nam przekazać jakąś mądrą myśl i w takim przypadku jest całkiem udany. Nie widzę niestety sensu powrotu do tego filmu, gdy już dobrze wiemy co i jak. Swoją drogą w internecie są jakieś ślady filmów pod tytułem „Deinfluencer: Offline” i „Deinfluencer: Clickbait”. Zapewne reżyser już teraz planuje kontynuacje. Czy zobaczę? Pewnie tak, ale liczę na coś świeżego.

Dzięki i zapraszam do dyskusji w komentarzach 😉

Produkcja, do której podchodziłem wiele razy, ale nigdy nie było dane mi jej ukończyć. Za sprawą świetnego klimatu przychodziły kolejne próby, by w końcu znowu usunąć grę z dysku przez zbyt wysoki poziom trudności, odczekać dwa lata i powtórzyć te sytuację, ale w końcu się udało i dziś mogę wam ją przedstawić, poznajcie przygodówke point and click z 2001 roku – The Watchmaker. Zegarmistrz!

Zegarmistrz - Darryl i Victoria

O to wcielamy się w dwójkę bohaterów – Darryla Boone’a – prywatnego detektywa z zamiłowaniem do badania zjawisk paranormalnych i panią mecenas – Victorie Conroy. Zadaniem naszych bohaterów jest wyruszenie do pewnego zamku i odszukanie tajemniczego wahadła, które już niedługo może doprowadzić do końca świata TUDUDUDUUUU! I mimo, że nasz cel w tej grze wydaje się być już strasznie oklepany tak w rzeczywistości, po poznaniu pewnych szczegółów tej opowieści, uważam że jest to zmarnowany potencjał i w tym świecie można było opowiedzieć dużo ciekawszą historie. Wystarczyłoby tylko skupić się bardziej na postaciach, opowiedzieć nam o nich więcej. Przedstawić ich jako prawdziwych ludzi z „jakimś” charakterem, a nie punkty na scenariuszu do odbębnienia.  Bardzo dobrze pamiętam jak za gówniaka bałem się, a zarazem jak bardzo ciekawiła mnie historia małej dziewczynki pochowanej w mauzoleum, a teraz po ukończeniu gry dalej nic o niej nie wiem i nie rozumiem co jej wątek zmienia w fabule, poza pretekstem do kolejnych zagadek.

Przygody naszych bohaterów przyjdzie nam oglądać statyczną kamerą ustawioną gdzieś w rogach pomieszczeń, ale w każdym momencie możemy na chwilę uruchomić widok z pierwszej osoby, aby dokładniej przyjrzeć się danym przedmiotom czy meblom. Sterowanie działa na zasadzie hybrydowej – kursorem myszy zaznaczamy elementy, na których chcemy wykonać interakcje i nasza postać wtedy normalnie do nich podejdzie, ale do wolnego sterowania dużo lepiej jest korzystać z klawiatury. Niestety w grze nie ma wbudowanych ustawień do zmiany mapowania klawiszy, więc będziemy zmuszeni korzystać z układu strzałki + myszka, który nie ukrywajmy – nie należy do najwygodniejszych. Przy klikaniu w małe elementy gra potrafi czasem źle odczytać co kliknęliśmy, ale nie jest to nagminny problem.

Zagadki w grze zdecydowanie należą do trudnych, a otwarty świat nie ułatwia ich rozwiązywania. Na szczęście podpowiedzi znajdziemy w dialogach czy przedmiotach jakie znajdujemy. Nawet niepozorna kłódka znajduje sobie w tej grze dość nie jasny cel, w pewnym momencie po prostu wpadamy na pomysł, że ten mały przedmiot, który mamy w ekwipunku praktycznie od początku gry możemy wykorzystać w bardzo ciekawy sposób, zdecydowanie nie zgodnie z jego przeznaczeniem. Warto podchodzić do różnych zadań różnymi postaciami, bo tam gdzie delikatna pani mecenas sobie nie poradzi, tam Darrel dopomoże (i odwrotnie). Zdecydowanie na pochwałę zasługuje to, że to co powie nam dana postać zależy od tego jakim bohaterem akurat gramy.  Młoda pokojówka nie będzie się tak chętnie dzielić swoimi przygodami miłosnymi, jeżeli będziemy grali sporo starszym od niej facetem, ale za to z kobietą, która ją zrozumie – jak najbardziej! Sam niestety nie należę do najbystrzejszych ludzi do takich gier (kto oglądał machinarium w moim wykonaniu ten wie), więc te zagadki sprawiały mi problem i musiałem sobie bardzo dużo pomagać poradnikiem.

Dzisiaj gra straszy nas paskudną oprawą graficzną i poszarpanymi krawędziami. Zaś gdy wychodziła w 2001 roku grafika była po prostu okej, ale zdecydowanie nic po za tym. Mieliśmy już wtedy gry, które potrafiły cieszyć oko dużo bardziej. Niestety nawet nasi protagoniści nie dostali jakiegoś lepszego modelu, a przecież ciągle musimy na nich patrzeć. Nie pomaga również fakt, że gra nie wspiera wyższych rozdzielczości, a przez to, że nie zyskała ona nigdy rozgłosu to i żadnego widescreena w internecie nie znajdziemy.  Jesteśmy zmuszeni grać w 1024×768.

Coś co bardzo mi się jednak spodobało to żyjący świat. Cała historia toczy się w ciągu jednego dnia, a każda nasza udana interakcja z jakimś przedmiotem to +kilka minut do czasu akcji. Pozwoliło to na różne rozmieszczenie bohaterów w zależności od godziny. Tak o to na przykład o godzinie dziesiątej na basenie znajdziemy żonę nadzorcy relaksującą się przy czytaniu książki, by o czternastej spotkać ją ćwiczącą na siłowni, a o siedemnastej w jej pokoju popijającą herbatkę – świetne. Każda z postaci ma różne zadania na różne godziny, dzięki czemu mamy wrażenie że zamek faktycznie żyje. Jest to również kolejna zachęta do zwiedzania terenu zamku, żeby zobaczyć co nasi bohaterowie robią i jakie są ich obowiązki, a może i przyda nam się to do rozwiązania jakiejś sprawy? Do eksplorowania zachęca nas również bardzo ładna mapa. Zamek wewnątrz jest wykonany bardzo dokładnie i nie brakuje w nim pomieszczeń. Tajemnicze stare skrzydło nie zawodzi i gdy w końcu się do niego dostaniemy to czuć ten tajemniczy klimacik.

A skoro o klimacie mowa – jest to element, który prowadzi całą tę grę. To właśnie ten tajemniczy, mroczny klimat ciągle zachęcał mnie do powrotu na ten piękny zamek. Muzyka, która przygrywa nam w trakcie odsłaniania kolejnych tajemnic tego miejsca idealnie pasuje do tego mrocznego świata. Wejście do ukrytego pomieszczenia zawsze wiązało się z załączeniem jeszcze bardziej tajemniczej melodii i jeszcze większej potrzeby poznania całości tej historii.

Zegarmistrz otrzymał pełną polonizację, ale nie zaliczyłbym jej do udanej. Tłumaczenie jest pełne literówek, a i grając facetem niejednokrotnie słyszałem jak zwracają się do mnie w formie żeńskiej. Dubbing poza całkiem dobrym Darrylem (Dariusz Odija) jest raczej średni. Mam wrażenie, że aktorzy nawet nie wiedzieli w czym grają i w jakich okolicznościach wypowiadają swoje kwestie. Dodatkowo nawet jakość audio jest kiepska, czasem słychać jakieś podmuchy i ogólnie dziwne trzeszczenie. Chociaż i tak stoimy dziesięć poziomów wyżej niż oryginalny (?) angielski dubbing. To co się tam zadziało to jest po prostu tragedia i poziom jasełek w szkole podstawowej xD

The Watchmaker. Zegarmistrz - Darryl i Victoria szczęśliwi

Podsumowując – Zegarmistrz to produkcja, która mistrzowsko zmarnowała potencjał na opowiedzenie bardzo ciekawej historii, ale mimo to dalej potrafi sprawić trochę radości w trakcie grania. Niestety jednak granie na dzisiejszym sprzęcie jest znacznie utrudnione i jeśli nie jesteś wielkim fanem gier przygodowych i skomplikowanych zagadek – na twoim miejscu odpuściłbym sobie te pozycje. Sam pewnie nawet bym na nią teraz nie zerknął, gdyby nie to, że tak często zagrywałem się w nią w dzieciństwie 😉

Victor Crowley miał być tym kim od lat był już Jason Voorhees, Freddy Krueger czy Michael Myers – slasherowym zabójcą, który już na zawsze miał się zapisać w naszej popkulturze. Myślę, że wiele z was nawet nie wie o kim mowa, co samo przez się mówi jak bardzo twórcy przeholowali z oczekiwaniami, ale co poszło nie tak i dlaczego uważam serie „Topór/Hatchet” za niedocenioną i zasługującą na znacznie większą popularność? O tym w dzisiejszym tekście 😉

Zanim jednak weźmiemy na warsztat produkcje Adama Greena powinniśmy zastanowić się dobrze czym jest slasher. Także czas na kącik edukacyjny. Slasher to podgatunek horroru, w którym liczba bohaterów zmniejsza się poprzez wymyślne zabójstwa psychopatycznego mordercy. Ofiary w takich filmach to często stereotypowi bohaterzy typu jakaś głupia blondynka, alvaro przystojniak itp. Istnieją również pewne reguły, których należy przestrzegać aby w takim filmie przeżyć, inaczej w 99% przypadkach zakończy się to brutalną śmiercią. Bardzo często w slasherach będzie poruszany temat seksu, alkoholu – to nieodłączny element takiego kina. Siadając do oglądania filmu z tego gatunku raczej nie powinniśmy oczekiwać wybitnej historii, a mnóstwo krwi tryskającej w wszystkie strony świata.

Teraz, gdy już wiemy z czym mamy do czynienia chciałbym przedstawić wam „Topór” – serie, składającą się z czterech filmów, która w 2006 roku była reklamowana jako „stara szkoła amerykańskiego horroru” i tak – zdecydowanie ten slogan jest zgodny z prawdą, bo produkcja Adama Greena czerpie garściami z klasyków tego gatunku, w szczególności z kultowego i uwielbianego przeze mnie „Piątku trzynastego”. Green wykreował postać zabójcy, która wbija nam się do głowy tak samo mocno jak inni, klasyczni slasherowi zabójcy. Widz bardzo mocno wyczekuje każdego pojawienia się Crowleya na ekranie, bo jest to gwarancja dobrej i mocnej sceny. Victor jednak morduje bardzo często i bardzo krwawo. Robi to nawet częściej niż Jason, który na swoim koncie ma mistrza w ilości zabójstw. Gdyby tylko było więcej filmów z tej serii to myślę że jego miejsce zająłby nasz dzisiejszy bohater. Ilość w tym wypadku nie oznacza jednak utraty jakości, niejednokrotnie byłem w szoku widząc co wyczynia ten psychol w ogrodniczkach.

Idąc dalej za tropem horrorów lat osiemdziesiątych – Hatchet jest kiczowaty, ale to piekielnie kiczowaty. Mamy tutaj sporo nieśmiesznych żartów, szczególnie w pierwszych dwóch częściach.  Jednym z takich żartów jako przykład podam myśliwego, który pije swój mocz mówiąc mmm jakie pyszne. Kicz nie sięga jednak tylko żartów, ale i postaci czy sceny zabójstw, które tak bardzo chwale. Nie chodzi o to, że mam rozdwojenie jaźni i chwale i krytykuje jednocześnie ten sam element, ale o to że ten pastisz w tym filmie jest właśnie piękny i zamierzony. Scena z duszeniem przy użyciu jelit? Totalnie nierealistyczna, ale za to jaka świetna.

Warto również zwrócić uwagę na to, że w pewnym stopniu Topór jest też czarną komedią. Mimo, że pierwsza część ma żarty, które częściej są żałosne niżeli śmieszne to każda kolejna część śmieszy co raz bardziej. Jest to jednak bardzo charakterystyczny typ humoru, który nie każdemu musi się spodobać. Osobiście śmiechłem bardzo z samoświadomego żartu dotyczącego obsady – w wszystkich czterech filmach gra jeden, konkretny aktor, który wciela się w trzy podobne do siebie postacie. Reżyser nie udaje więc, że widz jest idiotą tylko wykorzystuje ten fakt by puścić delikatnie do niego oczko i wyskakuje z żartem na ten temat.

Seria ta jest zdecydowanie przeznaczona dla konkretnej grupy odbiorców, dla ludzi, którzy uwielbiają ten gatunek i przede wszystkim go rozumieją. Jest to również swego rodzaju hołd dla tego kina. Fani na pewno wyłapią bardzo fajny smaczek przewijający się przez wszystkie części – w obsadzie pojawia się mnóstwo postaci związanych z slasherami. Sam Victor Crowley został zagrany przez aktora, który wcześniej przez wiele lat wcielał się w Jasona Vorheesa – Kane Hodder. W jednej z części pojawia się również aktor grający Jasona z rebootu z 2009 roku, co w pewnym sensie daje nam walkę Jason vs Jason. Ważną role w serii odgrywa też Tony Todd – Candyman i twórca laleczki Chucky – Tom Holland. Na moment pojawiają się również Robert Englund – Freddy Krueger i Tyler Mane – Michael Myers. Jest jeszcze kilka innych, pomniejszych ról postaci, których fani powinni rozpoznać 😉

Skupmy się teraz jednak trochę na konkretnych częściach i opowiedzmy co je boli

Topór / Hatchet 2006
Pierwsza, a zarazem najgorsza część cyklu. Poznajemy legendę o Victorze oraz bandę debili, których nie da się polubić. Jest to jednak zdecydowanie najbardziej typowy slasher z wszystkich części. Twórcy co chwile prezentują najbardziej typowe cechy gatunku, przez co pastisz zmieszany z krwią wylewa się aż z ekranu. Nie ma co ukrywać, że największą zaletą tej części są morderstwa i ich częstotliwość. Niestety mimo, że w slasherach rzadko kiedy mamy wybitne aktorstwo, tak tutaj jest to jednak już za niski poziom co wpływa na odczucia przy oglądaniu.

Topór II / Hatchet II 2010
Przy okazji drugiej części Green postanowił trochę odpuścić z aż tak kiczowatym humorem co wyszło serii na dobre. W dalszym ciągu jest to seria, która stawia na klasyczny styl, ale już trochę bardziej na poważnie, bez takiego przesadnego aż pastiszu. Podoba mi się postawienie na rozwinięcie fabuły i przedstawienie nam jeszcze dokładniej historii Crowleyów, która mimo że kiczowata to satysfakcjonująca.  Reżyser naprawił swój błąd i w przypadku „dwójki” bohaterowie są dużo lepiej zagrani. Dla Tony’ego Todda i Danielle Harris był to zdecydowanie udany występ. O Hodderze nawet nie wspominam, bo to on i jego topór ciągnie cały ten cykl. Zdecydowanie moja ulubiona część

Topór III / Hatchet III 2013
Tym razem Adam Green ustąpił stołka reżysera BJ. McDonnelowi i od razu widać trochę inną rękę, ale to nie znaczy, że jest gorzej. Ponownie dostajemy bardzo dobrą role Danielle Harris, której postać bardzo mi się spodobała w tej części i ponownie dostajemy świetne krwawe widowisko. Niestety, mimo że krwawo i wymyślnie jak zawsze, to coś poszło nie tak przy analizowaniu jaki ból może znieść Victor. W jednym i tym samym filmie w pewnym momencie Victor potrafi upaść i na chwile odlecieć od kilku strzałów z krótkiej broni palnej, a w innej scenie strzał z granatnika nic mu praktycznie nie robi. Początkowo podobał mi się pomysł z rozwiązaniem klątwy, ale gdy zobaczyłem go w praktyce… no zakończenie łagodnie mówiąc nie powala.

Topór 4: Victor Crowley / Victor Crowley 2017
Adam Green ponownie jako reżyser i film, którego początkowo miało nie być, a w końcu powstał po cichu w tajemnicy przed światem. Poprzednie filmy zaczynały się w dosłownie tym samym momencie w którym kończyły się wcześniejsze, teraz jednak mamy podróż w czasie o 10 lat do przodu, a legenda o Victorze jest jeszcze bardziej znana. Momentami widać bardzo niski budżet tego filmu, ale mimo to dalej ogląda się to całkiem przyjemnie. Zabójstwa nie robią aż takiego wielkiego wrażenia jak w poprzednich częściach, a aktorsko również regres, show skrada jedna postać w scenie po napisach. Ogólnie niby jest gorzej, ale nie spada to poniżej pewnego poziomu.

„Topór” mógłby być hitem, który stałby na równi z wieloma wcześniej wymienionymi klasykami, ale gdyby pojawił się dużo wcześniej. Jest to bardzo dobry slasherowy cykl, ale niestety fanów tego gatunku jest co raz mniej a i tak nie wszyscy do końca zdają sobie sprawę z konwencji tych produkcji. Co ciekawe mimo wielu negatywnych opinii Adam Green jest dumny z marki i szczęśliwy, bo udało mu się zebrać pewną rzesze fanów, którzy pokochali filmy o mordercy z bagien i możliwa jest kontynuacja.