Silent Hill 2 to dzieło niezwykłe, ociekające symboliką i sukcesywnie ryjące banie. Zapraszam na recenzję remake Silent Hill 2 od naszego rodzimego studia Bloober Team (POLACY ZNÓW TO ZROBILI!!11!!1oneone!)

Silent Hill 2 to dzieło niezwykłe, ociekające symboliką i sukcesywnie ryjące banie. Zapraszam na recenzję remake Silent Hill 2 od naszego rodzimego studia Bloober Team (POLACY ZNÓW TO ZROBILI!!11!!1oneone!)

Risen to idealna produkcja dla każdego fana gier z serii Gothic. Risen, to także perfekcyjny Gothic 4 i całkiem pomysłowy spin-off, tyle że… nie do końca. A dlaczego? Bo, gdy w 2009 roku Piranha Bytes musiała ratować swoją reputację po niezbyt udanej trzeciej części przygód bezimiennego, postanowiła zaprezentować nam coś, co jest łudząco podobne do tego, co już znamy. W taki o to sposób dostaliśmy grę, która ogólnym zarysem fabularnym, ale nawet i mechanikami bardzo przypominała naszego ukochanego Gothiczka. Zapraszam na recenzję gry Risen

Baldur’s Gate – kultowy cRPG, który w grudniu obchodzi swoje 25 urodziny. Mimo tego „niezłego” wieku i mnóstwa opinii o legendarności tejże gry nigdy w nią nie zagrałem, aż do niedawna – gdy zafascynowany reputacją Wrót, sam postanowiłem sprawdzić z czym to się je i czy ktoś nowy, może jeszcze polubić ten świat. Zapraszam was serdecznie na moją recenzję Baldur’s Gate: Enhanced Edition, gdzie wspólnie przyjrzymy się temu niezapomnianemu tytułowi, zastanowimy się, co sprawiło, że na zawsze zagościł w sercach graczy, a ja podzielę się swoimi wrażeniami jako nowicjusz w tej magicznej i tajemniczej krainie.

Produkcja, do której podchodziłem wiele razy, ale nigdy nie było dane mi jej ukończyć. Za sprawą świetnego klimatu przychodziły kolejne próby, by w końcu znowu usunąć grę z dysku przez zbyt wysoki poziom trudności, odczekać dwa lata i powtórzyć te sytuację, ale w końcu się udało i dziś mogę wam ją przedstawić, poznajcie przygodówke point and click z 2001 roku – The Watchmaker. Zegarmistrz!

O to wcielamy się w dwójkę bohaterów – Darryla Boone’a – prywatnego detektywa z zamiłowaniem do badania zjawisk paranormalnych i panią mecenas – Victorie Conroy. Zadaniem naszych bohaterów jest wyruszenie do pewnego zamku i odszukanie tajemniczego wahadła, które już niedługo może doprowadzić do końca świata TUDUDUDUUUU! I mimo, że nasz cel w tej grze wydaje się być już strasznie oklepany tak w rzeczywistości, po poznaniu pewnych szczegółów tej opowieści, uważam że jest to zmarnowany potencjał i w tym świecie można było opowiedzieć dużo ciekawszą historie. Wystarczyłoby tylko skupić się bardziej na postaciach, opowiedzieć nam o nich więcej. Przedstawić ich jako prawdziwych ludzi z „jakimś” charakterem, a nie punkty na scenariuszu do odbębnienia. Bardzo dobrze pamiętam jak za gówniaka bałem się, a zarazem jak bardzo ciekawiła mnie historia małej dziewczynki pochowanej w mauzoleum, a teraz po ukończeniu gry dalej nic o niej nie wiem i nie rozumiem co jej wątek zmienia w fabule, poza pretekstem do kolejnych zagadek.
Przygody naszych bohaterów przyjdzie nam oglądać statyczną kamerą ustawioną gdzieś w rogach pomieszczeń, ale w każdym momencie możemy na chwilę uruchomić widok z pierwszej osoby, aby dokładniej przyjrzeć się danym przedmiotom czy meblom. Sterowanie działa na zasadzie hybrydowej – kursorem myszy zaznaczamy elementy, na których chcemy wykonać interakcje i nasza postać wtedy normalnie do nich podejdzie, ale do wolnego sterowania dużo lepiej jest korzystać z klawiatury. Niestety w grze nie ma wbudowanych ustawień do zmiany mapowania klawiszy, więc będziemy zmuszeni korzystać z układu strzałki + myszka, który nie ukrywajmy – nie należy do najwygodniejszych. Przy klikaniu w małe elementy gra potrafi czasem źle odczytać co kliknęliśmy, ale nie jest to nagminny problem.
Zagadki w grze zdecydowanie należą do trudnych, a otwarty świat nie ułatwia ich rozwiązywania. Na szczęście podpowiedzi znajdziemy w dialogach czy przedmiotach jakie znajdujemy. Nawet niepozorna kłódka znajduje sobie w tej grze dość nie jasny cel, w pewnym momencie po prostu wpadamy na pomysł, że ten mały przedmiot, który mamy w ekwipunku praktycznie od początku gry możemy wykorzystać w bardzo ciekawy sposób, zdecydowanie nie zgodnie z jego przeznaczeniem. Warto podchodzić do różnych zadań różnymi postaciami, bo tam gdzie delikatna pani mecenas sobie nie poradzi, tam Darrel dopomoże (i odwrotnie). Zdecydowanie na pochwałę zasługuje to, że to co powie nam dana postać zależy od tego jakim bohaterem akurat gramy. Młoda pokojówka nie będzie się tak chętnie dzielić swoimi przygodami miłosnymi, jeżeli będziemy grali sporo starszym od niej facetem, ale za to z kobietą, która ją zrozumie – jak najbardziej! Sam niestety nie należę do najbystrzejszych ludzi do takich gier (kto oglądał machinarium w moim wykonaniu ten wie), więc te zagadki sprawiały mi problem i musiałem sobie bardzo dużo pomagać poradnikiem.
Dzisiaj gra straszy nas paskudną oprawą graficzną i poszarpanymi krawędziami. Zaś gdy wychodziła w 2001 roku grafika była po prostu okej, ale zdecydowanie nic po za tym. Mieliśmy już wtedy gry, które potrafiły cieszyć oko dużo bardziej. Niestety nawet nasi protagoniści nie dostali jakiegoś lepszego modelu, a przecież ciągle musimy na nich patrzeć. Nie pomaga również fakt, że gra nie wspiera wyższych rozdzielczości, a przez to, że nie zyskała ona nigdy rozgłosu to i żadnego widescreena w internecie nie znajdziemy. Jesteśmy zmuszeni grać w 1024×768.
Coś co bardzo mi się jednak spodobało to żyjący świat. Cała historia toczy się w ciągu jednego dnia, a każda nasza udana interakcja z jakimś przedmiotem to +kilka minut do czasu akcji. Pozwoliło to na różne rozmieszczenie bohaterów w zależności od godziny. Tak o to na przykład o godzinie dziesiątej na basenie znajdziemy żonę nadzorcy relaksującą się przy czytaniu książki, by o czternastej spotkać ją ćwiczącą na siłowni, a o siedemnastej w jej pokoju popijającą herbatkę – świetne. Każda z postaci ma różne zadania na różne godziny, dzięki czemu mamy wrażenie że zamek faktycznie żyje. Jest to również kolejna zachęta do zwiedzania terenu zamku, żeby zobaczyć co nasi bohaterowie robią i jakie są ich obowiązki, a może i przyda nam się to do rozwiązania jakiejś sprawy? Do eksplorowania zachęca nas również bardzo ładna mapa. Zamek wewnątrz jest wykonany bardzo dokładnie i nie brakuje w nim pomieszczeń. Tajemnicze stare skrzydło nie zawodzi i gdy w końcu się do niego dostaniemy to czuć ten tajemniczy klimacik.
A skoro o klimacie mowa – jest to element, który prowadzi całą tę grę. To właśnie ten tajemniczy, mroczny klimat ciągle zachęcał mnie do powrotu na ten piękny zamek. Muzyka, która przygrywa nam w trakcie odsłaniania kolejnych tajemnic tego miejsca idealnie pasuje do tego mrocznego świata. Wejście do ukrytego pomieszczenia zawsze wiązało się z załączeniem jeszcze bardziej tajemniczej melodii i jeszcze większej potrzeby poznania całości tej historii.
Zegarmistrz otrzymał pełną polonizację, ale nie zaliczyłbym jej do udanej. Tłumaczenie jest pełne literówek, a i grając facetem niejednokrotnie słyszałem jak zwracają się do mnie w formie żeńskiej. Dubbing poza całkiem dobrym Darrylem (Dariusz Odija) jest raczej średni. Mam wrażenie, że aktorzy nawet nie wiedzieli w czym grają i w jakich okolicznościach wypowiadają swoje kwestie. Dodatkowo nawet jakość audio jest kiepska, czasem słychać jakieś podmuchy i ogólnie dziwne trzeszczenie. Chociaż i tak stoimy dziesięć poziomów wyżej niż oryginalny (?) angielski dubbing. To co się tam zadziało to jest po prostu tragedia i poziom jasełek w szkole podstawowej xD

Podsumowując – Zegarmistrz to produkcja, która mistrzowsko zmarnowała potencjał na opowiedzenie bardzo ciekawej historii, ale mimo to dalej potrafi sprawić trochę radości w trakcie grania. Niestety jednak granie na dzisiejszym sprzęcie jest znacznie utrudnione i jeśli nie jesteś wielkim fanem gier przygodowych i skomplikowanych zagadek – na twoim miejscu odpuściłbym sobie te pozycje. Sam pewnie nawet bym na nią teraz nie zerknął, gdyby nie to, że tak często zagrywałem się w nią w dzieciństwie 😉
Zwykle zanim usiądę do jakiejś gry czy filmu naczytam się mnóstwo opinii, dlatego też tak często chwale wiele produkcji – po prostu najpierw się upewniam czy faktycznie jest warto. W przypadku Life is strange wiedziałem tylko, że jest to dobra gra, ale totalnie nie miałem pojęcia, że zaczynam grę, która tak bardzo wbije mi się do głowy. Mimo, że skończyłem ją niedawno to jestem pewien, że historia i jej przesłanie pozostanie w mojej głowie już na zawsze.

Produkcja o której mowa została stworzona przez Francuskie studio Dontnod Entertainment i wydane przez znaną wszystkim firmę Square Enix w 2015 roku. Twórcy idąc za sukcesem Teltale Games i ich produkcji typu The Walking Dead spróbowali własnych sił w stworzeniu przygodówki, która stawiałaby bardzo mocno na fabułę i filmowość. Jeśli ktoś nie wie – Teltale specjalizuje się w tworzeniu gier, które często nazywane są interaktywnymi serialami ze względu na fakt, że bardzo dużo jest tam dialogów, a sam gameplay ogranicza się do wyborów czy czasem jakiegoś poruszania się czy celowania. Stworzyli oni tym samym cały gatunek tego typu gier. Poza settingiem te gry jednak nie bardzo się różniły, ale w końcu pojawiło się Dontnod z swoim Life is strange. Grą, która moim zdaniem zostawia w tyle jakąkolwiek grę od pionierów gatunku. Tutaj się jeszcze zatrzymajmy – z góry ostrzegam, że w dalszej części będzie jeszcze wiele porównań do Teltale.
W Life is strange przyjdzie nam wcielić się w osiemnastoletnią Max, która z samego początku nie wydaje nam się jakaś wyjątkowa. Ot zwykła, trochę wycofana nastolatka, z pasją do analogowej fotografii. Nasza bohaterka wiedzie całkiem normalne życie, pełne przeróżnych “szkolnych dramatów”, ale wszystko się zmienia gdy odkrywa ona, że posiada moc, dzięki której jej życie może być dużo prostsze – mowa tu o umiejętności cofania czasu. Dzięki tej jednej umiejętności udaje jej się uratować życie swojej przyjaciółki z dzieciństwa, a to prowadzi do rozpoczęcia poważnego śledztwa w sprawie zaginięcia jednej z dziewczyn.
Historia opowiedziana w grze jest przepiękna. Po prostu. Jest wielowątkowa, szokująca, pełna nie głupich zwrotów akcji. Dawno nie grałem w produkcje, która tak dobrze by mieszała coś tak niezwykłego jak podróże w czasie z czymś tak zwykłym jak szkoła i życie w niej. Mimo, że gra ma około piętnastu godzin to znajduje się tu czas na te mocne, niezwykłe momenty jak i na zwykłe przechadzki po kampusie i rozmowie z znajomymi. Warto zauważyć, że nawet te zwykłe i wydawać by się mogło nic nie znaczące działania i rozmowy mogą mieć wpływ na przyszłość. I tak – konsekwencje wyborów to jest coś co Life is strange robi zdecydowanie lepiej od wcześniej wymienionego The Walking Dead. Tutaj faktycznie te wybory mają jakiś wpływ na dalszą grę i mimo, że nie zawsze widzimy skutki od razu, tak mogą się one pojawić nawet epizod później. Tymczasem w TWD, nie ważne co byśmy wybrali finalnie wszystko dążyło do tego by skończyło się mniej więcej tak samo. Warto też wziąć pod uwagę, że wybory w “Lisie” są często trudniejsze, aczkolwiek nie mamy tutaj żadnej presji czasu. Możemy się spokojnie zastanowić nad swoim wyborem. Nie chcę za dużo pisać o zakończeniu, bo nie chcę wam niczego spoilerować, ale wiele osób jest zawiedzionych tym jak to zakończenie zostało zrobione. Osobiście uważam, że jest one bardzo dobre i rozumiem czemu twórcy postanowili zrobić to tak, a nie inaczej.
Dontnod historią, którą nam opowiada próbuje przekazać nam wiele, mądrych tematów do przemyśleń i udaje im się to świetnie. Po za głównym wątkiem z cofaniem czasu pojawiają się również mocne wątki związane z dręczeniem rówieśników, śmiania się z nich i ogólnie dorastania. Nie wiem czy tylko ja, ale osobiście miałem przez tę grę również dużo przemyśleń na temat ekologii. Troszkę o tym też zostało powiedziane, a było to dosyć ciekawe. Bardzo mi się również podobał fakt, że wszystko to wydaje się być takie prawdziwe. Wiadomości między bohaterami są w jężyku, który dla mnie wydaje się dosyć autentyczny. Tak samo jak i pamiętnik Max jest pisany w taki sposób, że czujemy że czytamy faktycznie pamiętnik, a nie wpis na wikipedii.
Czystego gameplayu jest dużo więcej niż w przypadku gier Teltale. Mamy tutaj również dużo więcej eksploracji i mnóstwo interakcji ze światem. Naprawdę wiele przedmiotów możemy “tyknąć”, sprawdzić czy nawet coś z nimi zrobić. Kamera zza pleców, przyjemne animacje i przepiękna pastelowa grafika umilają nam eksploracje czy nawet rozmowy. Jako, że Max interesuje się fotografią, to zawsze nosi ze sobą aparat. W końcu żaden dobry fotograf nie może stracić okazji na piękne zdjęcie. Twórcy wykorzystali ten fakt i dzięki temu możemy robić zdjęcia niektórych miejsc, przedmiotów i ludzi, które później trafiają do naszego pamiętnika. Te zdjęcia są swego rodzaju znajdźkami, sam mimo że starałem się w miare eksplorować, zwiedzać i sprawdzać niektóre “interakcje” to tych zdjęć miałem naprawdę mało. Wspomniałem już o pamiętniku, który nasza bohaterka prowadzi. Poza zdjęciami trafiają tam również wszystkie jej przemyślenia. Dziennik z czasem staje się naprawdę gruby. Max zapisuje tam wszystko co dzieje się w fabule gry, razem z jej odczuciami, których sami możemy nie poznać. Świetna sprawa.
Na medal spisuje się również wykorzystanie motywu z cofaniem czasu. Nie potrafię sobie wyobrazić co można by było zmienić by wyglądał on jeszcze lepiej. Naszą umiejętność wykorzystujemy w trakcie rozmowy, by zmienić jej tok, jeśli któraś z naszych odpowiedzi nam się finalnie nie spodobała czy do przeróżnych zagadek albo i nawet zwykłego omijania przeszkód.
Postacie w większości są naprawdę stereotypowe – ot mamy jakiegoś mięśniaka grającego w football amerykański, laskę z dwiema przydupaskami u boku czy innego gościa, który musi dostawać same najwyższe oceny, taki on mądry. Ale mimo to naprawdę darzymy ich jakimś uczuciem. Jednych nie lubimy od samego początku, drugich od razu uwielbiamy. Postacie te nie mają niby większej głębi, a jednak nie zamieniłbym ich na żadnych innych. Warto również wziąć pod uwagę, że nawet dwie główne bohaterki nie są “nie wiadomo jakie”. Nawet nie zachodzi w nich jakaś większa przemiana przez całą grę, a mimo to – jest to jeden z lepszych duetów, jedna z lepszych przyjaźni w grach komputerowych.
O udźwiękowieniu nie chce się za bardzo rozwodzić. Po prostu wiedzcie, że się zakochałem. Zarówno jeśli chodzi o muzykę, bo tak – te indie folkowe utwory strasznie mi podchodzą jak i o inne dźwięki typu szkolny szum, jakieś sztućce w barze, wiaterek i tego typu rzeczy. Przepiękna sprawa, która pozwala jeszcze bardziej wczuć się w ten świat.
Jak bardzo bym się chciał do czegoś doczepić, żeby nie było że tak tylko chwalę, tak totalnie nie mam pojęcia do czego. Naprawdę, szukam, myślę i uważam że ta gra jest po prostu prześwietna. Jedyne minusy jakie widzę to słabo zsynchronizowane ruchy ust do wypowiedzi bohaterów, momentami naprawdę się zastanawiałem czemu postacie w ogóle nie ruszają ustami gdy mówią. Inny problem tej gry jest bardziej związany z jej wydaniem – Dlaczego nie ma oficjalnej polskiej wersji językowej? :< Niedługo zabieram się za prequel, ale do drugiej części nie podejdę dopóki nie powstanie fanowskie spolszczenie, niestety.
To by było chyba na tyle. Jeśli oczekujecie od gry świetnej historii, wielu przemyśleń i niezapomnianych wrażeń to proszę bardzo. Oto przed wami Life is strange!